PAMIĘTNIKI Z SYBIRU - cz. IV
PAMIĘTNIKI Z SYBIRU
spisane przez
Wincentego Migurskiego.
Marja słuchała mię pilnie i z uwagą, w kwestjach wątpliwych żądała objaśnienia i upewniwszy nas, że możemy kompletnie spuścić się na nią, dodała, że ostatnie moje zalecenie, aby przed pewną osobą taiła, było zbyteczne, powiedziała albowiem:
— Znam ja jego dobrze, i jestem pewną, że on nietylko was, ale i mnie by poświęcił, byleby mu wstążeczkę do boku przypięto. Głodne wilczysko spotkanemu jagnięciu nie tyle by zaszkodziło, ile odkrycie tej tajemnicy przyniosło by jemu pociechy.
Te ostatnie słowa tyczące się jej męża, da mnie wyłącznie były powiedziane.
Dotąd smutna ta scena, zamieniła się w wesołą. Marja z okazanego jej zaufania tyle była uszczęśliwioną, ile my z ułatwienia najważniejszych trudności. Powiernica nasza mówiła nam, jak nazajutrz jeżdżąc do wszystkich swoich znajomych domów, opowiadać będzie, że tego co się zrobiło, dawno się po mnie spodziewała, albowiem w domu naszym często bywając, widziała mnie do wykonania tego dzieła skłonnym. Z właściwą sobie wesołością i pojęciem mówiła nam, jak udając się za najzaciętszą moją nieprzyjaciółkę, wystąpi publicznie z największą złośliwością, z tą do mnie nienawiścią jaką od dawna w sercu swojem żywiła; jak uczęszczając do nas, znosiła moją obecność jedynie tylko dla Albiny, nie mogąc cierpieć mojego z nią prawdziwie sołdackiego obchodzenia się.
Wszystko to prócz innym, miała opowiadać swemu mężowi, którego znana całemu miastu nienawiść do Polaków, żony zaś jego mniemana, miała być rękojmią, że ludzie ci z pod ziemi by nas dostali, byle tylko swojej nienawiści zadosyć uczynić mogli.Żona moja, tym dobrym Uralki pomysłem rozweselona, szczęśliwą przewidywała przyszłość, i również dowcipkowała z roli, jaką jej jutro w obec urzędników mnie poszukujących odegrać przyjdzie.
Ja zaś stosując to wszystko do ówczesnego czasu, i usposobień znanych mi osób, opowiadaniem swojem, ie jak to wszystko się uspokoi, to w charakterze posłańca tamtego świata, jednych do poprawy, drugich do pokuty, tym przestrogi a tamtym rady, innych nakoniec przed sąd Boży powołując, straszyć w nocy będę — rozśmieszałem je obydwie.
Słowem, czy to pochodziło z jednostajnego życia, gdzie ciągle o cierpieniach mowa już nam się naprzykrzyła, czy że uchwalony projekt nową przyszłością i nowem życiem nas zajmował, czy wreszcie, że w nas trojgu usposobienie do wesołości było niezwykłe, czy nakoniec, że ułatwiwszy najważniejsze przeszkody, o reszcie dobry skutek rokowaliśmy, dosyć, że siląc się na tysiączne koncepta i żarty, bawiliśmy się wszyscy troje bardzo wesoło, nie przewidując niestety! że po tej miłej pogodzie nastąpi burza, jak to nietylko w naturze, ale i w życiu człowieka trafiać się zwykło.
Po odejściu Marji, Magdusia powiedziała mi, że Lewiński chce się ze mną widzieć, i czeka w przedpokoju.
Lewiński, był to stary nasz wiarus, w tymże samym co i ja bataljonie służący, którego jako niezdolnego do służby frontowej, wziąłem do usług, i za niego płaciłem. Prosił on mię, abym mu na wesele iść pozwolił. Jakiś tam sołdat moskiewski żenił się wtenczas.
Prośba ta jego, była bardzo do moich planów stosowną; właśnie bowiem nad tem rozmyślałem, pod jakim by pretextem na całą noc wysłać go z domu. Usłyszawszy więc jego żądanie, powiedziałem:
— Idź, a pamiętaj, służ pani wiernie, ona ci, choć mnie w domu nie będzie — ciszej dodałem — obficie wynagrodzi.
Ośmielony tą moją poufałością Lewiński, tymże samym zapytał mnie tonem:
— A gdzież to pan pojedzie?....
— Ja... ja... nigdzie... chyba do piekła — udając zasmuconego, odpowiedziałem z westchnieniem.
Wróciwszy do Albiny, popatrzyłem na zegarek, była już 10ta godzina wieczór. Wziąłem płaszcz i wyszedłszy, błąkałem się po ulicach. Z kilkoma znajomymi umyślnie rozmawiałem, do dwóch czy trzech domów wstąpiłem, i tam w krótkich rozmowach udając okropnie zasmuconego i do śmierci wzdychającego, dwuznaczne i tajemnicze odpowiedzi dawałem; i tak wszystko urządzić starałem się, ażeby nazajutrz, gdy wiadomość o mojej śmierci po mieście się rozejdzie, ci wszyscy, którzy ze mną dziś rozmawiają, przypomniawszy sobie moje słowa, ich znaczenie teraz dopiero pojęli, i mając niejako otworzone oczy, wyrazy moje pomiędzy sobą powtarzali, przekręcali i jak to w podobnych bywa wypadkach, czynili nad tem uwagi i komunikując je drugim, że ja nie żyję, moralnie byli przekonani.
Noc była jasna, śniegu nie wiele jeszcze było, mróz zaś do ośmnastu stopni dochodził; ja chodząc po ulicach, podszedłem do mieszkania atamana, i spostrzegłszy,